Ballada na koniec świata

To już właściwie ostatni numer do opisania. I ostatni na tej płycie. Mam gorącą nadzieję, że jednak nie ostatni, który będę tak wspominał i opisywał (bo już są następne)!
Tradycyjnie Marek naprzynosił różnych tematów i zagrywek, rzucił na forum i zaczęlim składać. Mozolnie i często wycofując się ze ślepych uliczek składaliśmy ten numer jak toporne puzzle. Czasem utwór „sam się robi” – kilka ruchów i jakoś samo wszystko pasuje i wskaka na swoje miejsce, a czasem idzie pod górę; dłubie się w nim miesiącami. Ale jak się dobrze poukłada – efekt nie pozwala odróżnić.
Numer z gęstymi i ciężkimi gitarami, ze spacerującym basem i perkusją biegającą swobodnie pod spodem i precyzyjnie podkreślającą każdy ruch gitar. Trzeba było to wszystko dopasować – ale to jest cudowna robota – dopasowywać do siebie tak ulotne i niematerialne sytuacje jak dźwięk. Ile w tym magicznego porozumienia wie tylko ten, kto zrobił choć jeden numer z kapelą. Miałem tu z wokalem spory kłopot i stres. Kompletnie mi nie pasowało to, co sam wymyśliłem. Jawiło mi się nie dość, że tak oczywistym, że aż banalnym, to jeszcze po prostu głupim i nieudolnym. Nie potrafiłem wymyślić nic. Aż wreszcie na którejś z prób Żółw zaproponował, bym zaśpiewał odwrotnie – na temacie gitarowym, a nie na pierwotnie przeznaczonym pod wokal. I zadziałało…
Tekst do tego numeru dojrzewał i ewoluował wiele lat. Ale gdy usłyszałem muzykę – od razu stwierdziłem, że będzie pasował. I tradycyjnie – wyimek z tekstu stał się tytułem płyty. Miałem jeszcze taki pomysł, by w początkowej fazie numeru, swoim aksamitnym, rozpoznawalnym głosem kwestię „wojny nie będzie, nie zdąży przyjść” powiedziała znana dziennikarka i lektorka. Podkładająca głos do niezliczonych filmów przyrodniczych i nie tylko. Chciałem zderzyć jej głos i cały bagaż skojarzeń z nim związanych z ciężarem wypowiadanego komunikatu. I z sensem wynikającego dalej tekstu. Ale mimo listu pełnego wyrazów szacunku i zgodnego z wszelką sztuką epistolografii, mimo rzetelnej i uczciwej propozycji – nawet nie raczyła odpowiedzieć. Tę kwestię, głosem spikera radiowego, kładącego uspokojenie w uszy słuchaczy wypowiada Tymek Jędrzejczyk. Drut wpadł też na pomysł, by ludzie nagrywali tą kwestię na cokolwiek i przysyłali nam do użycia. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem – aż mnie ciarki przeszły. Rezultat przerósł oczekiwania. Prócz tego wtedy zapadła decyzja o grafice na okładkę. Mimo malkontentów – uważam, że uzasadniona. Zaprosiliśmy też do zagrania solówki gitarowej Manata z zaprzyjaźnionego Sertyżura. Ten poplumkał chwilę, po czym wywalił takie solo, pełne zawijasów i dziwacznych harmonii, że Drut do tej pory nie chce grać tego numeru. Bo jako wymagający (najwięcej od siebie) perfekcjonista stwierdził, że musi wpierw opanować tą solówkę. A to niełatwe…
Na koniec tego utworu był przewidziany chaos, armageddon, apokalipsa i przerwa w dostawie prądu. Czyli koniec świata. Więc w studiu, zgodnie z planem tenże Drut bawił się sprzężeniami. Kręcił gałami w takim szale, że bardzo ładnie wyszło, ale teraz nijak tego, choć się stara – powtórzyć nie potrafi….

Dzięki. To tyle…

Ex Pert

wojny nie będzie
nie zdąży przyjść…

wydarzenia biją twarzą o bruk
złe nowiny snują się nisko ulicami
władza nabrała ciężkiej wody w usta
wschodzi słońce z wypalonymi oczami

na szarosinym niebie liszaje księżyca
oceany się przykryły kożuchami
za plastikową góra spokój i cisza
zachodzi słońce z wypalonymi oczami

wojny nie będzie
nie zdąży przyjść…


< WSTECZ | DALEJ >