Hemofilia

Tajemnicą poliszynela jest, że Żółw cierpi na tą chorobę. Jak to musi rzutować na psychikę i całokształt funkcjonowania w życiu – mogę się tylko domyślać. Wiele było z tym przygód na niezbyt w końcu spokojnych i bezpiecznych nawet dla zwykłego człowieka koncertach. Kiedy w ogóle zaczynaliśmy – mieliśmy się właśnie tak nazywać. A całą Jego postawę – ułomność i słabość przekutą w moc postarałem się opisać w tym tekście. Nie było dla mnie: zdrowego i wyrywnego wyzwaniem by być kim byłem (i jestem). Sztuką i odwagą było być tam i robić to w Jego sytuacji. Z jego muzyką wyszedł hymn i deklaracja. Jestem jej wierny do dziś. I raczej tak zostanie.

 

jesteśmy raną, której nigdy nie zagoi czas
jesteśmy raną, bo nadzieja ciągle mieszka w nas
jesteśmy raną – rozcięte krzywdą bije źródło pełne krwi
ta krew nie krzepnie…
bo nadzieja ciągle mieszka w nas

I to właściwie tyle co było na tej płycie… O niej można by jeszcze długo, bo im więcej o niej myślę, tym więcej szczegółów i smaczków wypływa z niepamięci. A zaraz po nagraniu (a właściwie nawet już chwilę przed) z powodów osobistych zrezygnować musiał Żółw – współtwórca kapeli i całego programu na tej płycie. A zaraz po nim do USA wyjechał Świniak – nasz pierwszy basista. I wprawdzie na gitarę przyszedł Marek, który jest do dziś (wcześniej grałem z nim w Gonokokach) to z basistami zaczął się korowód aż i perkusista się stracił odmawiając wyjazdu na trasę po Włoszech na dzień przed… A później zaczął się mozolny czas odbudowy kapeli. Spotykaliśmy się z Markiem we dwóch, coś tam usiłowaliśmy dłubać, lub próbowaliśmy przyprowadzanych muzyków, ale to już zupełnie inna historia.


< WSTECZ | DALEJ >